Umówmy się – uwielbiam swoje dzieci, ale po raz kolejny słysząc w tle kwadratowe dźwięki z Robloxa lub Minecrafta, czuję, jak mój mózg powoli zamienia się w piksele. Jako gracz z trójką z przodu na liczniku, którego domowy ekosystem został całkowicie zdominowany przez klockowe uniwersa, potrzebuję odtrutki. Czegoś, co przypomni mi, dlaczego w ogóle pokochałem to hobby.
Wybawienie nadjeżdża, i to z piskiem opon. Forza Horizon 6 jest coraz bliżej, a ja już teraz wiem, że to będzie mój legalny azyl.
Rocket Bunny w sercu tokio? Dla mnie połączenie idealne
Informacje o Japonii jako nowym miejscu festiwalu Horizon działają na mnie jak mocna kawa w poniedziałkowy poranek. Dlaczego? Bo jestem z tego pokolenia, które za dzieciaka chłonęło pierwsze części Szybkich i Wściekłych jak gąbka. Pamiętam czasy, gdy szczytem marzeń był Nissan Skyline albo Mitsubishi Eclipse z zielonym neonem pod podwoziem i ogromnym spoilerem.
Zresztą, powiedzmy sobie szczerze. Ostatnią samochodówką, na którą tak bardzo czekałem ze względu na nocny klimat i tuning, był Need for Speed z 2015 roku. I co? I po dorwaniu się do pada to właśnie mocno narzucająca się, przekombinowana fabuła najbardziej nie podeszła mi do gustu, skutecznie psując frajdę z jazdy. Dlatego w nowej Forzie pokładam ogromne nadzieje – liczę, że historia nie namiesza i pozostanie tylko lekkim, niezobowiązującym tłem dla nocnych wyścigów po górskich przełęczach.
Garaż idealny dla fana budowania
Oprócz domysłów o Japonii są też konkretne informacje. I tu trafiamy na coś, co niesamowicie mnie intryguje – zapowiadany system garaży. Jako wielki fan wszelkich base-builderów, już zacieram ręce. Zbieranie aut to jedno, ale perspektywa organizowania przestrzeni dla swoich maszyn, rozbudowywania własnej motoryzacyjnej „bazy” i dłubania przy ustawieniach to zupełnie nowy poziom. Brzmi to jak mechanika, która pożre resztki mojego deficytowego czasu, ale oddam go z przyjemnością.
Przekazanie wirtualnej kierownicy
Dla mnie seria Forza Horizon to zresztą coś więcej niż tylko ucieczka przed codziennością i pralką wołającą o opróżnienie. To wehikuł czasu i genialne narzędzie do integracji.
Pamiętam, jak po premierze poprzedniej części zrobiliśmy sobie z tego świetną opcję na wspólne wieczory z moim starszym synem. Podzieliliśmy się obowiązkami jak w rasowym zespole rajdowym: tata brał na siebie pokonywanie rywali we właściwych wyścigach, a młody przejmował pada pomiędzy zawodami, radośnie dojeżdżając z punktu A do punktu B.
Dziś, gdy premiera kolejnej części majaczy na horyzoncie, mam nadzieję, że historia zatoczy koło i FH6 pozwoli wreszcie odetchnąć od Robloxa na rzecz kojących dźwięków silników, wymieszanych z jękami bólu głowy mamy. Oczywiście o ile nowa część nie wywoła domowej wojny o to, czy to ja, czy tym razem starszy syn wygrywa wyścigi… Na ławce rezerwowych do objęcia kierownicy czeka już zresztą młodszy, którego podczas premiery „piątki” nie było jeszcze nawet na świecie. Pora zapiać pasy.
